RSS
środa, 22 lipca 2015
Królewski słownik

Kukuła – kogut

Bata – babcia

Buti – buty

Koti – kotek

Muuu – krowa

Ke-ke – bocian

Ka-ka – kaczka

Nuna – Norek

Buj-buj – huśtawka/bujadło

Cita – czytaj

Ti-ta – zegarek

Bu – bóbr

Ko-ko – kura

Pi – kurczaczek/kaczuszka

Ciu-ciu – pociąg/lokomotywa

Bum-bum – samochód

Iu-iu – straż pożarna

Muma – mucha

I-a – koń/osioł

Hał-hał – pies

I – mysz

Ta – tak

Nie – nie/gniazdko elektryczne/strażak

Tu-tu – klakson/trąbka

Sss – wąż

Myju – kąpiel/mycie się

Mniam-mniam – jeść

Mama – mama

Tata – tata/dziadek

Tiju-tiju – ptaszek

Hu-hu – sowa

Moty – motyl

Kap – kropla wody

Bziiiii – odkurzacz

Rzuu-rzuu – pralka

Chrrr – świnka/spanie



poniedziałek, 02 lutego 2015
Sen

Były wakacje, a my oboje wolni... Słońce, radość, spontaniczne marzenia. Żadnych obowiązków, żadnej pracy. Tylko my dwoje. Jak kiedyś. I tak jak kiedyś Pan Mąż zaproponował wypad, by gdzieś pobyć razem. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. To On zdecydował, że celem wyprawy będzie jezioro, którego w zeszłym roku nie mogliśmy znaleźć. Wtedy trafiliśmy do jakiejś zapomnianej miejscowości, nawet niezbyt ciekawej, ale Pan Mąż stwierdził, że w tym roku poszukiwania jeziora zaczniemy właśnie stamtąd. Ciekawie będzie powspominać tamte dni - powiedział.

Kiedy dotarliśmy do celu wysiedliśmy z samochodu. Znaleźliśmy przystanek autobusowy, który w zeszłym roku rzucił nam się w oczy, przeszliśmy obok starych kasztanowców, które zapamiętałam, a potem zauważyliśmy starą knajpę, w której piliśmy sok. Słowa nie były potrzebne. Nawet nie musieliśmy na siebie spoglądać. Oboje wiedzieliśmy, że chcemy tam wejść i - tak jak rok temu - coś wypić.

W środku okazało się, że to był jakiś zwykły barak. Zaniedbany, pusty, z grubą warstwą kurzu na podłodze. Ale jak już tu byłam postanowiłam zwiedzić to miejsce. Weszłam w ciasny, duszny korytarz. Zobaczyłam jakąś dziewczynę, która szybko do mnie podbiegła. Złapała mnie za ramię i z palcem na ustach popchnęła w kierunku ściany za korytarzem. Cicho się oparłyśmy. Czułam, że ta dziewczyna nie chce, by ktoś nas zauważył. Nagle z zupełnie innej strony wyszedł jakiś mężczyzna, coś mówił, uśmiechał się pod wąsem, szedł w naszą stronę. Czułam jego pewność siebie, wystraszyłam się. Ale moja partnerka zachowała zimną krew, skoczyła na niego i jednym ciosem ręki go powaliła na ziemię. Jak w filmie - przebiegło mi przez myśl. Więcej nic nie zdążyłam pomyśleć, bo szarpnęła mnie za rękę i krzyknęła, by uciekać. Szybko wybiegłam na zewnątrz.

Okazało się, że był już wieczór. Przed wejściem na parkingu stało pełno eleganckich samochodów, wokół roiło się od ludzi w wieczorowych strojach. Spanikowana nagle zauważyłam, że przecież nie ma przy mnie Pana Męża... Rozejrzałam się wokół. I zobaczyłam Go, stał tak niedaleko mnie. Ubrany był w smoking, włosy na żel - zupełnie, jak nie On. Podbiegłam do Niego uradowana i się w Niego wtuliłam. Poczułam się bezpiecznie. I czułam się tak, dopóki nie usłyszałam Jego zdziwionego, chłodnego głosu, który pytał, co jak robię. Nie znam Pani - odepchnął mnie. Proszę mnie nie dotykać - mówił oburzony poprawiając smoking. Zamurowało mnie. Co to ma znaczyć? - pytałam sama siebie w myślach. Mój Pan Mąż mnie nie poznaje. On, który znał mnie jak żaden człowiek na świecie. Rozejrzałam się po parkingu i zauważyłam nasz samochód. Podeszłam do niego. Jakież było moje zdziwienie, gdy wysiadł z niego drugi Pan Mąż. Też w smokingu. I też minął mnie bez czułego słowa.

Poczułam się okrutnie samotna. Okrutnie uboga. Poczułam lód w miejscu serca, bo w chwili, gdy przestałam istnieć w sercu Pana Męża, moje serce przestało bić.

I stałam tak przerażona w ciepły, letni wieczór, biała z rozpaczy, przeraźliwie sama, niedawno tak bogata, a teraz jako najnędzniejszy człowiek na Ziemi...

czwartek, 22 stycznia 2015
Kłótnia

Dziś nie napiszę o szczęściu. Pan Mąż jest na mnie zły. Na moją prośbę wysyłał paczkę siostrze zza oceanu i miał z tym problemy. Wieczorem, jak przyjechał, ofuknął mnie, że wymyślam Mu takie zadania, że na poczcie miał nieprzyjemności, a że sama byłam już zmęczona nie wytrzymałam Jego tonu głosu i Go ofuknęłam, by się na mnie nie wyżywał…

Zasnęliśmy pogniewani na siebie i tak jest do teraz.

Nie żegna się ze mną, gdy wychodzi do pracy. Nie wita, jak z niej wraca. Nie ogrzewa w nocy. Nie rozmawia. Nic…

Jest mi cholernie przykro.

***

Królowa jest słodka. Rozpisałabym się, jak się pięknie uśmiecha, jak umie buziaka dać, jak dzielnie próbuje samodzielnie chodzić, jak naśladuje puchacza („uhu, uhu!”), jak pokazuje swoją nóżkę i żabę naklejoną na kojcu… ale nie mam nastroju.

Jest mi cholernie przykro.

***

Wczoraj w ręce wpadł mi zeszyt, w którym zapisywałam wszystkie smsy, które otrzymywałam i które wysyłalam. Przeczytałam kilka. I na chwilę znowu stałam się nastolatką w średniej szkole… Dobrze, że nie doszłam do smsów od Pana Męża. Byłoby mi jeszcze bardziej przykro i bym się popłakała.

Kiedy jednak zamknęłam już mój zeszyt zadumałam się na chwilę. Wtedy to miałam ogrom czasu, z smsów wynika, jak wnikliwie kiedyś analizowałam każde słowo i jak empatycznie na nie reagowałam. Dziś bym machnęła ręką – i to nie ze złej woli. Po prostu, nie moja sprawa, nie mam czasu. Moje życie jest nasiąknięte Królową, jej problemami i jej smutkami. Więcej ich nie pomieszczę po prostu. Martwi mnie, że może Pan Mąż także o to jest zły. Jak wtedy wieczorem krzyczał, pewnie oczekiwał empatycznego zrozumienia, a ja broniąc się przed „przemoknięciem cudzymi problemami” Go odtrąciłam…

Nie wiem, jak z tego się teraz wyplątać. Jestem zła, w głębi ducha czekam na jakiś bukiet kwiatów, na jakąś kolację w restauracji, na romantyczne „przepraszam”, a z drugiej strony… Z drugiej strony co, jeśli Pan Mąż „przemoknął cudzymi problemami” już jakiś czas temu, a ja tego nie zauważyłam? Wtedy On nie przeprosi. Nie będzie miał sił.

 

Szkoda, że nikt nie czyta takich wpisów. Że nie mam stałych czytelników. Chciałabym usłyszeć jakieś miłe słowo…

poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Szczęście

Moja Królewna mnie uzależniła… Dlatego tak dawno nic nie pisałam. Poza tym jestem totalnie ubezwłasnowolniona – służę jej całą sobą już wtedy, gdy tylko zmarszczy swój mały nosek. Królewna nie liczy się ze mną, a ja mam już tylko jedną potrzebę, a tą potrzebą jest uszczęśliwienie Jej Królewskiej Mości.

A więc płynę statkiem o białych żaglach macierzyństwa. Już nie jestem niespokojnym liściem na krętej rzece. Teraz spokojnie dryfujemy po bezkresnym oceanie. Ja, Królowa i Pan Mąż.

Jestem spełniona.



wtorek, 18 marca 2014
Królowa Pierwsza

Już miesiąc przeszło minął, jak na świat przyszła Królowa. Dziwne uczucie urodzić. To zupełnie jak jakiś szaleńczy taniec, od którego brakuje tchu, od którego kręci się w głowie, przez który czas traci jakikolwiek sens.

Królowa była chyba najmniejszą władczynią, jaka przestąpiła próg naszego domu. Ważyła troszkę ponad dwa kilogramy. To takie dwie torebki mąki, z której piekę chleb…

Królowa jest władczynią bezwzględną. Gdy poddani robią coś nie po Jej myśli głośno protestuje, skraca godziny snu, obsikuje bądź strzela kupką. Pierwszy oberwał Pan Mąż, który w skupieniu próbował przewinąć Królową, gdy nagle ona nieomylnie siknęła na Niego równiutkim strumyczkiem. Śmiałam się z Niego przez kilka dni, dopóki Królowa przeciwko mnie nie wytoczyła cięższego działa i dopóki nie strzeliła do mnie porcją żółtej kupy…

A tak to powolutku nam uciekają dni, ja uczę się Królowej, ona mnie.

Poza tym tak sobie myślę, jak to jest… Takie malutkie zwierzątka na przykład, rodzą się i zazwyczaj cichutko cały dzień czekają, aż ich mama do nich wróci z polowania. Nie piszczą, nie parskają, nie wierzgają, tylko czekają. Czasem przy mamie trochę się głośniej rozpychają, bo przecież trzeba wygrać drogę do mleczka. Ale Królowa jest tylko jedna, z nikim o mleczko konkurować nie musi, więc po co Ona tak płacze i lamentuje?

Kiedyś, słuchając Jej krzyku w nocy, szepnęłam do Pana Męża, że gdyby była takim zwierzątkiem ukrytym w jamce, które musiałoby cichutko siedzieć, by nic jej nie znalazło i nie zjadło, to marny byłby Jej los…

Ale taka jest właśnie Królowa. Teraz wokół Niej wszystko się toczy, teraz to Jej wszyscy służymy, to Ona teraz rządzi naszymi myślami, to Ona rozbłysła nad naszym domem.



poniedziałek, 10 lutego 2014
Wszystko mnie złości

Jestem zła na Różowego, że mi się zwiesza.

Rozwścieczył mnie tata kolejny raz dopytując o ciśnienie. Nie znoszę tych jego pytań zadanych od dupy strony i nigdy mu na nie nie odpowiadam, a on i tak wierci dziurę w brzuchu. „Czy masz kontrolę nad swoim ciśnieniem?” – do jasnej cholery, a jak mam mieć jakąkolwiek kontrolę nad czymś takim?! Jakbym miała kontrolę to bym nie mierzyła sobie tego ciśnienia co godzinę i bym nie martwiła się każdym jego wzrostem. Jakbym miała kontrolę to bym sobie ustawiła 120/80 na cały miesiąc do przodu i bym niczym się już nie denerwowała.

Jestem wściekła na lekarzy, bo mam zawsze wrażenie, że przed wizytą w przychodni ciśnienie mam wyższe niż w inne dni. Jestem zła, że nie chcą mi wypełnić karty ciąży i że w szpitalu pewnie znowu będę się za nich tłumaczyć.

Jestem zła, że już 14 muszę jechać do szpitala, bo doktor termin porodu wyznaczył znowu na podstawie miesiączki, a nie na podstawie USG.

Jestem zła na Pana Męża, że pojechał dziś do pracy… I byłabym zła, gdyby został.

Jestem zła, że jest taka ładna pogoda za oknem, a ja tu siedzę bojąc się zrobić jakikolwiek ruch, by tylko ciśnienie więcej nie urosło…

Jestem zła na mamę. Na naszego psa. Na to, że mam za ciepło w pokoju. Że zabrakło mi wody w konewce, by podlać tych kilka moich kwiatków na parapecie…

 

I jestem zła na ciśnieniomierz. Na jednej ręce pokazuje mi dobre ciśnienie, na drugiej za wysokie.

 

Do bani z taką ciążą. Nie chcę już jej. Wyłaź ze mnie, już Cię tam nie chcę. Podobno już sobie na zewnątrz całkiem dobrze poradzisz sama.



czwartek, 06 lutego 2014
Odliczanie

I już jest luty. Wygląda na to, że zima w tym roku odpuściła sobie w naszym zakątku i że już ustępuje wiośnie. Mrozów trzaskających nie było, śniegu jak na lekarstwo, do tego w grudniu zakwitł wawrzynek, a teraz spod zeszłorocznych liści wychodzą przebiśniegi, którym wtórują wesołe trele rozbudzonych sikor. Gdybym pracowała pewnie zaczęłabym właśnie wyścigi ze słońcem, które z pewnością by mi już towarzyszyło w drodze do pracy. Na szczęście mam już wolne – zbawienne L4 dopadło mnie 20 stycznia. Niestety, za ładne oczy tego zwolnienia nie dostałam – nadciśnienie. Skończyło się na czterech dniach w szpitalu i na nerwach, które do tej pory mnie dopadają, gdy pomyślę o mojej przychodni. Okazało się, że lekarze prowadzący (bo miałam ich do wizyty w szpitalu aż trzech) nawet palcem nie kiwnęli, by prawidłowo wypełnić kartę ciąży. W szpitalu nieźle się nagłowili, co ze mną zrobić, skoro wyniki mam bardzo dobre (bo na oddziale nawet ciśnienie spadło), a malutka (bo okazało się, że to dziewczynka) jest za mała jak na wiek określony przez lekarzy w przychodni. Kto wie, jakby to się skończyło, gdybym nie zaczęła się żalić, że podczas jednej z wizyt kontrolnych lekarz burczał coś pod nosem, że już od początku wiek ciąży się nie zgadza. A więc w szpitalu mi odpuścili, ale ordynator wypisując mnie ze srogą miną dał mi kilka „nieformalnych zaleceń” dotyczących karty ciąży i szczerze powiedziawszy wątpię, czy uda mi się coś wskórać w tej sprawie w mojej przychodni… Jeden z lekarzy, który zawinił, już tam nie pracuje (podobno go wywalili), a ten, u którego byłam poprzednio stwierdził, że po kolegach poprawiać nie będzie. Ostatnio zapytałam pielęgniarkę, czy chociaż ksero z przeprowadzonych USG mi dadzą, to skwitowała to zrezygnowanym tonem, że to już lekarz musi zdecydować. W przyszły wtorek mam ostatnią szansę, by coś od nich dostać.

Poza tym Pan Mąż dzielnie spełnił zalecenia pana ordynatora w zakresie wykonania badania grupy krwi (w mojej magicznej przychodni gdy usłyszeli, że w przypadku ujemnej grupy krwi matki szpital wymaga takich rzeczy, to tylko parsknęli, że oni nie potrzebują takich rzeczy, bo z góry zakładają że konflikt serologiczny jest i kropka). Poza tym codziennie mierzę sobie to nieszczęsne ciśnienie i czasami jak widzę 140/90 to włosy mi dęba stają, kładę się do łóżka i przez godzinę się nie ruszam, by znowu sprawdzić, czy już się poprawiło. Okropieństwo, bo nic przy domu nie zrobię… A tyle sobie człowiek obiecał, że jak będzie na L4 to to zrobi, tamto, owamto. Nic z tego, jestem uwięziona tym nieszczęsnym ciśnieniem i nic robić nie mogę. Na szczęście moja mama zajęła się domem i mogę sobie pozwolić na ten luksus, jakim jest bezwstydne leżenie przez cały dzień.

Poza tym Pan Mąż wyjątkowo cierpliwie znosi moje codzienne utyskiwania i niezwykłą powolność, w jaką ostatnio się otuliłam. Dwa razy dłuższe wstawanie, dwa razy dłuższe ubieranie się, dwa razy dłuższe jedzenie, sto razy wolniejsze chodzenie… :) Nie mówię już o układaniu się do snu, kiedy muszę znaleźć dogodną pozycję dla siebie i dla małej, bo ta też przecież musi mi się uleżeć. A parę minut zawsze to trwa.

Spadło zużycie piwożłopków. Pan Mąż stwierdził, że przecież musi być w stanie gotowości w razie czego :)

I tak leniwie płyną mi godziny, które zapełniam czytaniem książek, wyszywaniem i leniuchowaniem…

Chyba obniżył mi się brzuszek. Zastanawiam się, czy 14 lutego, wytypowany jako termin porodu, ma szansę się sprawdzić…

 



poniedziałek, 13 stycznia 2014
Hurra! Będę miała dziecko! Czyli przebudzenie po 8 miesiącach :)

Wpadłam w euforię szczęścia! Gdzieś na Internecie wyczytałam, że to syndrom „wicia gniazda”. Niech będzie i wicie gniazda, niech to się nazywa jak chce. Brzuch niemiłosiernie wielki, ciężki i niewygodny, ale coś cały czas się w nim rusza. Wciąż nie wiadomo „co”, ale mam imię, gdyby był to chłopiec. Razem z Panem Mężem przystaliśmy na małego Jana. Wiem, bardzo „modne” to imię, ale do naszego długiego nazwiska będzie pasowało. Poza tym „szlachecka” końcówka naszego nazwiska, czyli –ski, razem z tym jakże godnym imieniem w świetle moich odczuć spełnia wszelkie normy piękna i dostojeństwa :) Cudowne połączenie!

Gorzej z dziewczynką. Miała być Weronika, ale okazało się, że kilka Weronik już gdzieś tam wśród znajomych czy rodziny „powstało”… I cały plan imienny dla dziewczynki mi runął! Na roboczej karteczce mam wypisaną Izabelę i Łucję, ale czegoś mi w tych imionach brakuje… Chyba tego, że ciężko je jakoś po ludzku zdrobnić. Wychodzą jakieś dziwaczne wtedy…

Poza tym moja przyjaciółka, która wyjechała do Niemiec, właśnie przed paroma dniami urodziła dziewczynkę. Pisałyśmy do siebie przez Facebooka i tak właściwie to ona mnie chyba wkręciła w tą radość i euforię. A kiedy zobaczyłam zdjęcie jej małej pierwszy raz, (naprawdę pierwszy raz w życiu) szczerze pomyślałam, że dziecko może być słodkie… Ja wiem, że to co teraz napiszę, to dla wielu bluźnierstwo, ale do tej pory słodkie były dla mnie małe pieski, małe kotki, małe ptaszki itp., ale nie małe dzieci. A ostatnio zobaczyłam zdjęcie tej małej i mi się kompletnie odmieniło…

Mało tego, na Facebooku, obok zdjęcia dziecka przyjaciółki, znalazło się jeszcze zdjęcie dziecka koleżanki z podstawówki (nie przepadałam za tą koleżanką, ale ta jej dziewczynka też jest „całkiem” słodka) i zdjęcie synka młodszego kolegi z podstawówki. Z tym synkiem to trochę gorzej, bo zdjęcie miał mało pociągające i trochę mniej mi się podoba, ale może to tylko takie ujęcie. W każdym razie on dla mnie wcale słodki już nie był. Ale może z czasem i to mi się „odmieni”?

Poza tym z Panem Mężem kupiliśmy wózeczek dla Maleństwa, fotelik samochodowy i łóżeczko. Wszystko (oprócz fotelika) używane, ale w stanie wręcz rewelacyjnym jak na naszą ocenę. Moja mama szyje właśnie pościele (niezwykle uradowana, że może coś od siebie dołożyć), a ja w ostatnią sobotę poprasowałam troszkę ubranek. Pół ogromnej półki w szafie zarezerwowanej dla Jana bądź niedoszłej Weroniki już zajęte, a reszta stoi jeszcze w kartonach niepoprana… Pełno mam tych ciuszków, wszystko darowane od Pani M. z pracy, od przyjaciółki z Niemiec i od Rodziny Pana Męża :) Ubranka są śliczne, mojego dzieciaczka to chyba kilka razy dziennie będę przebierać, by wszystko mógł choć troszkę ponosić :)

 

Pomimo zmęczenia, opuchniętych nóg, bólu pleców i niedospania jestem szczęśliwa :)

W pracy póki co też – kierowniczka w końcu sobie odpuściła. Tym bardziej, że na jej okrzyk zdziwienia, kiedy wyczytała na Internecie, że chorobowe w czasie ciąży jest płatne 100%, ja spokojnie odpowiedziałam, że wiedziałam o tym samego początku. Jej mina była wtedy bezcenna.



środa, 04 grudnia 2013
Lód

Świat cudownie zamarzł. Wilgoć zamieniła się w srebrny pył okrywający pola, dzięki czemu pomimo mrozu na dworze zrobiło się cieplej. Buty przyjemnie stukają już nie tylko na kamiennej i betonowej powierzchni, ale także na ziemi, którą skuł mróz.

W tym roku w ogóle nie przeszkadza mi, że w sklepach widać już święta. Już by człowiek usiadł przy rodzinnym stole, już by się przytulił spokojnie do Pana Męża i szepnął mu do ucha, jak bardzo Go kocha. Już bym chciała poczuć ten spokój i ciszę, a także to ciepło, które płynie tak leniwie przez te dni…

Pan Mąż ma teraz drugą zmianę. Razem wstajemy, jemy śniadanie, przytulamy się do siebie, po czym wsiadam do samochodu i jadę do pracy. Wieczorem Pan Mąż wraca, czasem coś zjemy, czasem wypijemy gorącą herbatę, a potem znowu przytulamy się do siebie i śpimy, by rano rozpocząć wszystko od nowa… Ciężkie są te Jego drugie zmiany. Popołudniami brakuje mi Pana Męża niezmiernie. Zupełnie jak w czasie studiów, kiedy widywałam Go jedynie na weekendy. Tęsknię przez dzień, a wieczorem chłonę Go ile mogę i rozkoszuję się Jego ciepłem oraz zapachem.

 

A w pracy wszyscy już wiedzą o małej istotce, która ma się pojawić w lutym na świecie. I tak, jak się domyślałam, automatycznie zaczęły się rozmowy naszych dwóch pań, jak to było, kiedy to one rodziły, jak to jest z małymi dziećmi, jakie to urocze, jakie to miłe, jakie to słodkie…

Milczę. Kierowniczka jest w drugim pokoju. Nie chcę, by mi zazdrościła radości. Zniszczy wszystko, o czym wie, że mnie cieszy.

Nienawidzę jej i zaczynam się obawiać, że ona o tym wie…

Koleżance dojeżdżającej z Miasta Moich Studiów, której zależało na urlopie w święta, postawiła ultimatum: urlop dostanie, pod warunkiem, że ja nie pójdę na zwolnienie. Popatrzyła na mnie, zmierzyła z góry na dół i dodała z przekąsem, że ewentualnie się zastanowi, jeśli do pracy przyjdę zakichana, zaprychana lub podpierająca ściany.

 

Marzę o tym, by nie podeprzeć nigdy ścian w budynku, w którym pracuję. Odsuwam się od nich na metr, by ich nawet nie dotknąć. Patrzę na nie i nienawidzę ich prawie tak samo, jak kierowniczki.

Rano z Panem Mężem zjadam śniadanie, bo widzę Jego kochające oczy. Ale w pracy mam już ściśnięte usta, ciężko mi je otworzyć, tak mocno zagryzam zęby.

Rano staram się nie wypijać więcej, niż kubeczek herbaty, bo mam problem na kontrolach z toaletami (nie wszędzie są).

Wczoraj brakowało mi oddechu w pracy, powietrze wydawało się duszne i gęste jak olej. Dziś miałam ściśnięty brzuch.

Fryzjerka powiedziała mi, że znalazła na mojej głowie pierwszy siwy włos… Czy to możliwe w tym wieku?...

 

Spokojnie, jeszcze troszkę wytrzymaj. Kiedyś nam pozwoli pójść na wolne. Może nie w święta, ale kiedyś w końcu wyrwiemy się z tej lodowej jaskini…



wtorek, 19 listopada 2013
Emocji ziaren kilka...

Pani M. jest niezwykłą osobą! W piątek usłyszałam dyskretny, ale jakże radosny okrzyk: „B., jak ja się cieszę! Przecież Ty będziesz niedługo mamusią!”. Ona jedyna zauważyła i póki co ona jedyna, poza kierowniczką, wie o mojej małej tajemnicy. Pani M. szanuje moje milczenie i tylko niekiedy zza biurka widzę jej uśmiech i dziką radość, że jest tą drugą osobą, która została wciągnięta w ten słodki sekret :)

Dziś byłam znowu na badaniach. Na korytarzu czekała też jakaś dziewczyna, z którą rozpoczęłyśmy szaloną i entuzjastyczną rozmowę na temat, „jak to jest”, bo okazało się, że jesteśmy niemal w tym samym tygodniu i że obie „pierwszy raz”. Dołączyła się do nas jeszcze jakaś kobieta, która chętnie cofnęła się do czasów, kiedy i ona była w ciąży i tak oto korytarz tętnił dziś wesołym szczebiotem trzech rozpalonych emocjami kobiet…

Zaczyna mi się to podobać :)

Oczywiście dalej nie wiem, czy chłopiec, czy dziewczynka. Lekarz pozbawił mnie nadziei, że się dowiem. Ponoć mały obrócił się „tyłkiem”, ponadto zamiast leżeć głową w dół, jak na porządne dziecko przystało, siedzi główką do góry i ma w nosie, że tak nie jest prawidłowo.

Czytałam na Internecie, że w mojej sytuacji kwalifikuje się to do cesarskiego cięcia…

 

W weekend byliśmy u brata mojej mamy. Tam kuzynostwo dawno dzieciate, więc dom tętni tupotem trochę mniejszych i trochę większych stópek. Bałam się, że będą mnie tam tonem „doświadczonych rodziców i dziadków” pouczać słowami: „Patrz, co Cię niedługo czeka”, ale wizyta minęła całkiem bezboleśnie.

 

Pan Mąż, teraz niestety samotnie, musiał sprostać z wujkiem dwóm okazałym butelkom wódki. Ja niestety nie mam jak mu teraz w tym pomóc… Gdy obie butelki wieczorem stanęły puste, zupełnie jak niedoświadczone młodzieniaszki, wujek z Panem Mężem wybrali się do sklepu osiedlowego po jeszcze jedną butelczynę. Rano dowiedziałam się, że na miejscu jeszcze piwo wypili…

W nocy obudziły mnie dziwne odgłosy.

Do teraz mam przed oczami ten okropny obraz bezradnego Pana Męża, który leżąc nieprzytomnie w łóżku dławił się własnymi wymiocinami… Odrętwiałam. Nim spędziłam z oczu resztki snu było za późno. Musiałam Go budzić, cucić, podtrzymywać. A tu do tego obcy dom, ani gdzie tu miski szukać, wiaderka, czegokolwiek…

Ten jego nieprzytomny i pełen bólu wzrok, ten szept „Przepraszam” i jego zgarbiona sylwetka – wszystko to kołacze się w mojej pamięci do tej pory. Mój Pan Mąż, który zawsze był silny i zaradny…

Rano na szczęście nic nie pamiętał. Wie tylko, że nie zdążył do łazienki. I że troszkę pobrudził pościel…

Wczoraj, jak samotnie wracałam samochodem z pracy, uroniłam dwie czy trzy łzy na okoliczność tych traumatycznych przeżyć…

 

To straszne widzieć swojego męża w takich okolicznościach.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7